niedziela, 12 kwietnia 2015

Rozdział 17 : Ukryci bogowie

Tate obudził się w przeciętnym mieszkaniu na Manhattanie. Nie pamiętał jak się tam znalazł ani co wcześniej robił. Wydarzenia sprzed kilku dni wydawały mu się być jedynie złym snem z którego ktoś go nareszcie uwolnił.
                Leżał na nowoczesnym czarnym  podwójnym łóżku, a obok niego była Jessamine wpatrzona w jego twarz lub coś nad jego głową.
                Pokój, w którym się znajdowali był dość niewielkiej wielkości. Nie było w nim wiele mebli. Do pomieszczenia wchodziło się przez podwójne, częściowo szklane drzwi. Naprzeciw wejścia znajdowało się łóżko. Z obu jego stron postawiono czarne nakastliki, a na nich znajdowały się  Za nim ściana była obklejona kremową fototapetą przedstawiającą splątane szare sznurki. Resztę ścian pomalowano na jasno szary kolor. Nie było tam żadnego okna.
W rogu stała toaletka, a na niej kilka czarnych pudełek ze złotymi akcentami. W środku znajdowały się kredki, eyelinery w różnych kolorach, róże, podkłady, szminki i błyszczyki w każdym kolorze, różne rodzaje i kolory tuszów oraz tysiące różnych cieni oraz brokatów. Wszystkie kosmetyki jakie znajdowały się w posiadaniu Jessamine musiały być najdroższymi i ekskluzywnymi wykonanymi przez znane marki. W szufladkach poumieszczano lakiery do paznokci oraz różne dodatki do manicure, różne szczotki, grzebienie, przybory do makijażu oraz dodatki do włosów takie jak wsuwki, gumki, spinki, kokardki ale i prostownice, lokówki oraz kilka mocnych lakierów i pianek. Na blacie leżały ulubione tusze, kredki, cienie i szminki oraz perfumy ułożone stosami w nieotwartych pudełkach. Wszystko było oprószone niebieskim brokatem, który jakiś czas temu wysypał się.
- Obudziłam cię? – spytała cicho i pogłaskała go delikatnie po policzku.
- Nie. Nie mogłem już spać – odparł z westchnieniem.
- Możliwe, że nie pamiętasz przeszłości do pewnego momentu – mruknęła przenosząc wzrok na biały sufit. – Pamięć wróci Ci wówczas gdy umrę. Obecnie nie potrzebujesz wiedzieć co zaszło w przeciągu tego roku.
- Czyli sama wybrałaś co mam pamiętać a czego nie? – warknął czując niepohamowaną złość.
                Tego roku? Rok wydawał mu się serią ponad trzystu dni, które nieubłaganie odchodziły jeden po drugim. Jednak nigdy nie ważne jak piękne czy okropne były nie potrafił ich zatrzymać. Nikt nie potrafił. To była jedna z niemocy ludzkości. Czas płynął nieujarzmiony przez żadną istotę w tym świecie. Nikomu nie udało się nad nim zapanować dostatecznie mocno by móc go dowolnie zmieniać. Jednak niektórzy nauczyli się go oszukiwać, sprzedając swoją duszę w zamian za nieco więcej czasu, za przekleństwa, za wygnanie, za nadprzyrodzone moce, za odrobinę magii, za wieczną samotność, za nieśmiertelność...
- Nie. Sam wybrałeś. Ja nie mogłabym ci tego zrobić... – jej cichy i delikatny, lecz wewnętrznie nasycony stanowczością głos wyrwał go z rozmyślania.
Nagle po mieszkaniu rozległ się dźwięk dzwonka do drzwi. Destiny z twarzą bez żadnych emocji wstała i poszła zobaczyć kto dzwoni o tak wczesnej porze.
                Miała na sobie śnieżnobiałą halkę do połowy ud z dużym dekoltem. Była ona jedynie dwa odcienie jaśniejsza od koloru skóry Jessamine. Jej jasne włosy spadały falami na plecy. Destiny cieszyła się, że chwilę wcześniej pomyślała i zrobiła nowy makijaż.
                Gościem okazał się listonosz, który prosił o pokwitowanie paczki dla dziewczyny. Jessamine zobaczyła zaskoczenie na jego twarzy wówczas gdy otworzyła drzwi. Podpisała się w wyznaczonym miejscu, zabrała pudełko i zamknęła drzwi.
                Wolnym krokiem wróciła do pokoju i usiadła na pufie wykonanej z kremowej skóry stojącej obok białej toaletki z wielkim lustrem. Destiny odgarnęła część rozrzuconych na blacie kosmetyków i położyła tam paczkę. Wyciągnęła sztylet i przecięła szary karton. Następnie otworzyła go i wyciągnęła ze środka czarne pudełko. Zmarszczyła brwi. Zdjęła z pudełka wieczko.
                Wówczas dopiero ujrzała starannie zapakowany list z woskową pieczęcią  W oraz czarny zeszyt z napisem „Death Note”
„Tego mi tylko brakowało” pomyślała „Dlaczego Watari wysłał mi to przekleństwo?!”
                W ciągu całego swojego życia dwa razy na oczy widziała taki notes. Słabo znała się na zasadach jakimi się rządził, ale wiedziała, kilka rzeczy: notes zawsze należy do jakiegoś boga ; aby się go pozbyć albo trzeba umrzeć, albo się go zrzec i zapomnieć wszystko ; Boga Śmierci można zobaczyć i usłyszeć tylko jeśli dotknie się notatnika lub kartki z notatnika.
                Notatniki takie jak ten należą do Shinigami, zwanych bogami śmierci. Są to duchy nienależące ani pod władzę aniołów ani pod władzę demonów. Żyją w swoim bezimiennym wymiarze, który potocznie nazywa się Królestwem Shinigami. Mają swojego króla i radców. Świat Shinigami jest bardzo nudnym miejscem.  Zajmują się hazardem oraz dzięki notatnikom zabijają ludzi. Aby móc zabić daną osobę potrzeba imienia, nazwiska oraz wyglądu. Przez to osoba o takim samym nazwisku i imieniu nie zginie. Można ustalić przyczynę śmierci i jej czas oddalony maksymalnie o dwadzieścia trzy dni od napisania. W razie pominięcia przyczyny i czasu dana osoba umrze w ciągu trzydziestu sekund na zawał serca. Pozostały czas jaki pozostał człowiekowi zostaje przekazany dla boga śmierci, dlatego są prawie nieśmiertelni. Żyje ich piętnastu, lecz Shinigami czasem umierają. Co prawda zdarzyło się to zaledwie dwa razy i do tego z udziałem tej samej osoby, człowieka. Miała na imię Misa Amane i była jedynym człowiekiem, któremu udało się związać z Bogiem Śmierci na tyle mocno, że był on gotów oddać za nią życie. Każdy notes ma napisane zasady w języku angielskim przez dziwne poczucie humoru Shinigami. Jednak jedynie pierwsze sześć notatników na ziemi ma moc i może zabijać. Jeśli jest ich więcej są to zwyczajne notesy dopóki jeden z wcześniejszych nie wróci do swojego świata lub nie zostanie zniszczony.
                Shinigami mają bezpośredni dostęp do świata ludzi. Czasem zdarza się, że upuszczą w nim swój notes. Częściej celowo wyrzucają swoje notatniki by mieć „zabawę”. Gdy jakiś człowiek go podniesie staje się jego właścicielem. Wówczas Bóg Śmierci musi pozostać w świecie ludzi dopóki nie będą w stanie znowu odzyskać notatnika. Właściciele notesów mogą z nich korzystać, jednak używanie ich nie przedłuża ich życia.
                W historii znana jest również wymiana zawarta między posiadaczem notatnika oraz Bogiem Śmierci. Polega ona na otrzymaniu Oczu Shinigami, które pozwalają na zobaczenie imienia i nazwiska każdej osoby oraz długości jej życia. Ceną za takie oczy jest połowa pozostałego życia. Osoba posiadająca Oczy nie może zobaczyć ile czasu jej pozostało, ani osobie która posiada inny notatnik.
                Destiny dotknęła notatnik i popatrzyła w lustro. Za nią niemal natychmiast pojawiła się postać. Był to Shinigami. Wysoki, chudy, ubrany w czarną, za dużą marynarkę, pod spodem miał koszulę. Nad oczami miał ciemno szare gogle, włosy ciemno brązowego koloru, zaczesane do góry, przewiązane czerwoną chustką. Jego twarz była czaszką, zaś w oczodołach świeciły się czerwone ogniki. Miał szczupłe nogi, w butach z cholewami i frędzlami. Wokół pasa miał zawiązaną krwawą wstęgę. Posiadał torbę, podobną do pocztowej, służącej zapewne do przenoszenia listów i dokumentów. Nosił ze sobą również duży, kościany przedmiot, który używany jest jak młot.
Bóg Śmierci przeszedł kilka kroków w bok uważnie obserwując Jessamine. Kulał, jakby był ranny w nogę.
- Jestem Kyōi – powiedział zachrypniętym basowym tonem. – Ty jednak nie masz imienia i długości życia. Jesteś ciekawym stworzeniem.
- Tate, skarbie, zrobić ci śniadanie? – spytała odwracając się do chłopaka.
- Nie dzięki. Wypiję dziś tylko kawę – odpowiedział głosem stłumionym przez poduszkę.
- Przyniosę ci – powiedziała i poszła w stronę kuchni.
Kuchnia była maleńkim pomieszczeniem, które posiadało czarną lodówkę, kilka szafek, kuchenkę z piecem, mikrofalówkę, ekspres i zmywarkę oraz mały okrągły stolik i dwa krzesła. Destiny wyciągnęła z szafki biały kubek i włączyła ekspres.
- Możesz mówić mi Destiny. Jedyne co musisz wiedzieć o mnie tylko to, że śmierć mnie nie obejmuje i nie jestem mieszkanką tego wymiaru.
- Nie wyglądasz na przestraszoną moją obecnością – odparł Kyōi.
- Nie jesteś pierwszym Shinigami jakiego widzę – rzekła podnosząc kubek – Wasz gatunek nie jest aż tak straszny za jaki się uważa. Znam gorszych od was.
- Jeśli dobrze mniemam znasz zasady notatnika.
- Znam – mruknęła cicho odchodząc ku sypialni. Następnie podała Tate’owi kubek, podeszła do toaletki i zabrała z niej białą kopertę.
Otworzyła ją i zaczęła czytać list. Data widniejąca na kartce była z przed kilkunastu lat, ale na kopercie data przed kilku dni. Nie zaskoczyło to Jessamine. Watari zmarł w 2002 roku, czyli dwanaście lat wcześniej.
D
Możliwe, że powinienem mówić do Ciebie Destiny. Jednak pozostanę przy twojej dawnej nazwie.
Jeśli to czytasz oznacza, że wszyscy z Wammy’s House*nie żyją z wyjątkiem ciebie.
Chciałbym, abyś kontynuowała to co ja zacząłem, lepiej niż ja. Mimo, że nigdy nie okazywałem tego tobie to ty byłaś najzdolniejsza ze wszystkich. Wierzę, że uda ci się zmienić ten świat.
W

Pod  jego podpisem widniały jeszcze dwa słowa. „Spal to”.  Destiny jeszcze raz popatrzyła na schludne pismo starego człowieka, którego pamiętała z przed lat. Od zawsze w jej pamięci takie niby zwykłe W kojarzyło się tylko z białowłosym, uśmiechniętym mężczyzną, który zawsze był wśród dzieci, które kochał.
                Destiny zamiast myśleć jak godnie zastąpić Watariego i stworzyć wizję jego świata postanowiła postawić krok w inną stronę. Zakazaną, nadnaturalną, przeczącą wszystkiemu co mieściło się w umyśle przeciętnego jak i nadprzeciętnego człowieka stronę.
Postanowiła ożywić zmarłych.



* Wammy’s House – dom założony przez Watariego zbierający geniuszy z całego świata.

niedziela, 29 marca 2015

Rozdział 16 : Trzynaście grzechów

- "Nie mam męskiej dumy, na której mógłbyś grać i nie interesuje mnie walka jeden na jednego. To jest słabość Twojej płci, nie mojej. Jestem kobietą. Użyję każdej broni, żeby dostać to, czego chcę." – zacytowała patrząc prosto w zimne oczy wampira stojącego tuż przed nią.
- Pięknie powiedziane – stwierdził Jake wchodząc do salonu. Spojrzał leniwym wzrokiem na Andiego. – Za trzy godziny mamy koncert w Cardiff, Jinxx zaraz otworzy portal – odparł i odszedł w kierunku z którego przyszedł.
                Tate z początku nie potrafił zapamiętać imion osób z zespołu. Było ich pięciu. Wszyscy byli farbowanymi na czarno punkami z niezwykłym makijażem na twarzy i wytatuowanymi rękami oraz szyją.
                Andy, przywódca grupy wyróżniał się krótkimi włosami. Był z nich najwyższy, najszczuplejszy oraz nie ukrywając najładniejszy. Miał twarz anioła, który w jakiejś straszliwej pomyłce został uwięziony w tym świecie. Był nerwowy, cały czas na coś narzekał i przeklinał. Jednak także najwięcej się śmiał. Widać było, że jego błękitne wesołe oczy są ciągle czujne i skupione. Był jedynym wampirem, który uzależnił się od palenia, chodź wmawiał sobie, że to przez przyzwyczajenie i tryb poprzedniego życia. Zawsze to on mówił najwięcej, lubił być w centrum uwagi i nie ważne co zrobił reszta go słuchała.
                Jinxx był jedynym czarownikiem, on zaś był najniższy. Jednak był najbardziej uzdolniony i niezastąpiony oraz najstarszy. Miał ciemnoszare, smutne oczy i spokojną twarz. Jego makijaż po lewej stronie twarzy był tak naprawdę znakiem szczególnym, wyróżniającym tegoż czarownika. Jednak mimo tego znaku idealnie wpasował się w wygląd zespołu, przez co przyziemni wcale nie wiedzieli o jego nadludzkich zdolnościach.
                Jake wydawał się być informatorem. Ciągle nieobecny. Miał uśmiechnięty i pogodny wyraz twarzy, jednak cały wolny czas spędzał w swoim domu. Jego czekoladowe oczy po każdej dłuższej nieobecności tęskniły za dwoma szczegółami, które zawsze zostawały w jego mieszkaniu w LA, za jego psami.  
                Ashley, najbardziej stylowy i pewny siebie. Wydać było, że łatwo zabiera przyjaźnie, bo wielu sojuszników Destiny było jego znajomymi. Trzymał się blisko Andiego i jak na dłoni było widać wszystkie jego uczucia.
                CC, a raczej Christian jako jedyny kochał wygłupy. Śmiał się i robił różne dziecinne kawały. Miał bardzo wesołe, brązowe oczy i przyjazną twarz. Wyglądał na zupełnie normalnego człowieka, który kocha to co robi.
                Jednak wszystkich łączyła przyjaźń i ich zespół. Instrumenty na których grali dziwnie pasowały do nich. Andy był wokalistą, Jake – gitara prowadząca, Jinxx – gitara, skrzypce, pianino, Ashley – bass, wokal pomocniczy , CC – perkusja. Tate nie potrafił zrozumieć do końca o co w tym wszystkim chodzi. Jednak ostatecznie nie próbował już rozpatrywać wszystkiego.
                Destiny „lubiła” ich dokładnie tak samo. A przez lubiła można mieć na myśli tolerowała. Trudno było określić jakiekolwiek uczucia tej dziewczyny. W końcu kiedy sama nie potrafiła zrozumieć co czuje trudno by ktokolwiek inny znał odpowiedź na to pytanie. Tate zaś najbardziej polubił Jinxxa, który jako jedyny dobrowolnie chciał z nim spędzać czas.
***
Destiny zimnym wzrokiem zmierzyła Andiego, który wypalał kolejnego papierosa.
- Wy w ogóle potraficie walczyć? – spytała przeskakując wzrokiem po innych osobach z zespołu.
- Czy gdybyśmy nie potrafili dołączylibyśmy do ciebie? – odparł Andy.
- Nienawidzę kiedy odpowiadasz pytaniem na pytanie – warknęła
- Nie. Uważasz, że to czarującego – powiedział z uśmiechem.
Tate stojący za Destiny poczuł przypływ gniewu, który niczym trucizna wpuszczona do krwioobiegu zaczął przysłaniać jego myśli i zawładnął nad ciałem. Miał teraz wielką ochotę zabić Andy’iego. Chciał skręcić mu kark, albo po prostu go zastrzelić.  Jednak Andy był wampirem. To komplikowało nieco sprawę. Po za tym zaraz po rzuceniu się na Andiego zginął by. Wrzała w nim złość. Gość był idealny, piękne rysy twarzy, śliczne oczy, anielski uśmiech, umięśniony, wysoki, przystojny, wokalista zespołu, a do tego nieśmiertelny!
- Nie – szepnęła cicho Destiny. – Nie możemy nikogo zabić.
- Ciekawe kto kogo chciał zabić – odparł Ashley tajemniczym tonem.
- To nie ważne – rzekła – Nikt tu nie zginie – dodała surowo.
Ashley i Jinxx popatrzyli na siebie znacząco i wyszli, za nim podążył Christian z rozbawioną miną. W salonie pozostał Jake i Andy oraz Jessamine i Tate. Jake wymienił porozumiewawcze spojrzenia z Destiny i także się oddalił.
- To co robicie jest karygodne – odparła znudzonym tonem – Zupełnie jakbym żyła wśród dzieciaków.
                Andy uśmiechnął się szczęśliwy z takiego obrotu sprawy.
- Patrzysz na to zbyt płytko. Ja po prostu się z nim drażnię i dobrze mi to wychodzi.
- Och, ja dobrze o tym wiem – powiedziała spokojnie.
                Tate popatrzył nienawistnie na Andiego, potem przeniósł wzrok na Destiny. Uśmiechnął się krzywo i odszedł w stronę głównego wyjścia. Zatrzasnął je za sobą i przepadł.
- Nie wróci – skomentował wampir z uśmieszkiem.
- To też wiem. I tak dobrze, że nie widział twoich myśli. Wtedy byłbyś martwy, ale bardziej niż teraz.
                Zamilkła na chwilę i zachichotała. Andy usiadł obok niej i położył rękę na jej udzie. Później zaczął całować ją po szyi i ustach. Aż zapomniała co wydarzyło się tamtego wieczoru.
***
Destiny obudziła się rano w swoim łóżku. Po raz pierwszy próbowała sobie przypomnieć co działo się z nią poprzedniego dnia. Wstała i podeszła do okna. Zobaczyła tam swoje półprzeźroczyste odbicie.
Miała na sobie resztki sukienki, która przez coś została mocno porozdzierana na brzuchu i talii oraz straciła większą część trenu. Jej włosy, chociaż były w nieładzie, nadal wyglądały dobrze, nie można było powiedzieć tego o rozmazanym makijażu i skórze poplamionej zaschłą już krwią. Przeciągnęła się jak kot i poszła do łazienki doprowadzić się do ładu. Wzięła zimny prysznic, myła i rozczesała włosy oraz nałożyła nowy makijaż. Następnie podeszła do szafy i wybrała krótki srebrny top oraz krótką spódniczkę z wysokim stanem do kompletu.
Usiadła na skraju łóżka i sięgnęła ręką by delikatnie i czule odgarnąć zbłąkane włosy z twarzy Andiego.
Wcześniej nie zwracała żadnej uwagi na jego wygląd. Nigdy z resztą nie zwracała na to uwagi. Żaden człowiek nie byłby dostatecznie ładny by można go było uznać za pięknego, znając wygląd aniołów. On wyglądał jednak jak zabłąkany anioł. Jego złote rysy jaśniały na spokojnej twarzy okrytej rozluźnieniem przez przyjemny sen.
Wstała i bezszelestnie podeszła znów do okna. Tym razem wyjrzała przez nie na jasnoszare niebo, które zaraz miało wylać słoneczne światło na świat. Zasunęła najciszej jak mogła zasłony i położyła się obok Andiego, a on objął ją wytatuowanym ramieniem.
Z jednej strony wiedziała, że to co zrobiła było niezgodne z jakimiś ludzkimi zasadami, z drugiej nie zalało jej na przyzwoitości. Po raz pierwszy poczuła się szczęśliwa i to sprawiło, że poczuła się taka ludzka... Bo skoro Tate nie zrobił nic aby była szczęśliwa to dlaczego miałaby nadal na niego czekać zamiast poszukać tego u kogoś tuż obok. Wtedy zobaczyła w myślach Andiego ostatnią noc. Tam wyglądała na szczęśliwą, ale jednak coś było nie tak... Zaczęła się zastanawiać czy właśnie tak ma wyglądać miłość?
Dochodziło już południe kiedy do pokoju wpadł Jinxx i obudził Andiego, który automatycznie zerknął kim jest przybysz.
- Czego znowu chcesz – mruknął Andy chowając głowę pod poduszkę.
- Nic od ciebie nie chcę idioto – odparł znudzonym tonem Jinxx. – Ktoś chce Cię widzieć, Jessamine.
                Wyszedł nie zamknąwszy za sobą drzwi.
- Śpij ile chcesz – powiedziała cicho i pocałowała go w ramię, a następnie podążyła za czarodziejem. - Nikt mnie nie wzywa, prawda? – mruknęła próbując odczytać intencję mężczyzny.
- Nie. Chcę byś przypomniała sobie to czego już nie pamiętasz.
                Zniknęli w piwnicy domu. Tak Jinxx wyjaśniał jej zasady panujące na ziemi. Zaczął od  politycznych, a później omówił wszystkie religijne oraz plemionowe. Destiny z początku nie przysłuchiwała się temu co mówi. Później zrozumiała ile błędów popełniła.
- Dlaczego mówisz mi to wszystko? – spytała kiedy w końcu skończył.
- Jest jeszcze szansa byś się zmieniła.
- Nie. Ja nie mam wyboru. Nigdy nie miałam.
***
Tate ogarnięty gniewem oddalał się cały czas w głąb lasu. W pewnym momencie padł na ziemię. Ogarnęła go tęsknota, smutek i złość. Chciał zabić wampira i się zemścić. Chciał siebie zabić, by nie cierpieć, ale nie chciał kończyć tak życia.
Poczuł zimną dłoń na ramieniu. Podniósł głowę i ujrzał lekko uśmiechniętego Asha, który stał nad nim.
- Miłość zawsze boli – odparł klękając obok niego. – To, że zginiesz nic nie da. Tu nie zginiesz.
- Skąd wiesz? – warknął Tate na niego
- Bo też kiedyś kochałem – powiedział – lepiej będzie jak wrócisz.
- Nie zamierzam wracać. Nie mam po co.
- A myślałem, że pójdzie po dobroci – mruknął do siebie Ashley.

Ścisnął tętnice szyjne Tate’a, a kiedy on bezwładnie opadł, Ash wziął go na ręce i zaniósł w kierunku domu Jessamine.

piątek, 27 lutego 2015

Rozdział 15 : Armia nie umarłych

- Można ufać temu gościowi? – spytał dziewczyny z powątpieniem patrząc na wampira.
- Słyszał cię – szepnęła z uśmiechem. – Andy, czy mógłbyś powiedzieć co cię tak bardzo drażni? – powiedziała spoglądając na stertę wypalonych papierosów.
- Twój dom – syknął. – Jest tu tak... biało – jęknął i spojrzał na telefon zanim ten zaczął dzwonić. – Wychodzę, bo jeszcze się spóźnię.
Powiedział i wyszedł zostawiając niczym nie zamąconą ciszę.
- Na co może się spóźnić wampir? – spytał Tate.
- Na swój koncert – mruknęła. – Chyba czas się przewietrzyć. Nienawidzę tego smrodu w swoim domu – powiedziała i odeszła.
***
Przez resztę dnia Tate już jej nie widział. Mimo, że szukał jej wszędzie gdzie mogła pójść. Ostatecznie wybrał się do biblioteki. Wiedział, że nie może jej znaleźć, bo ona wcale nie chce się z nim spotkać. To nie był pierwszy raz kiedy tak robiła, jednak za każdym razem delikatnie raniło to serce Tate’a. Wiedział, że gdyby odeszła na zawsze nie wytrzymałby.
                 Tym razem znalazł ją skuloną w kącie między wysokimi regałami. W ręku trzymała jakąś książkę, z której wyrywała, mokre od łez, które spływały jej po policzkach, kartki.
- Czasem chciałabym uciec od świata... Ale nie poprzez śmierć. Samobójcy to tchórze. Bo trzeba mieć odwagę by żyć... – powiedziała nie wiedząc czy ją słyszy.
Tate podszedł do niej i usiadł patrząc na nią swoimi czarnymi oczami.
- I myślisz, że to dobre wyjście? Być nieszczęśliwym tutaj?
- Po śmierci wcale nie jest się szczęśliwym. Wtedy jest się nikim, częścią cienia pośród ciemności w nicości. Ginęłam więcej razy niż mogę zliczyć przez kilka set, a może tysięcy lat.
- Dlaczego więc wciąż starasz się żyć?
- Ja nie chcę być ciemnością, Tate...
- Więc dlaczego płaczesz? – spytał cicho wierzchem dłoni ocierając łzy płynące po policzku.
- Bo nie potrafię... Nie potrafię być inna... Jestem cieniem... A przez te wszystkie lata.. zmarnowałam jedynie czas... Zawszę już będę zła...
- Ludzie nie rodzą się źli lub dobrzy. Mają jedynie tendencję do bycia złymi albo dobrymi, ale to od nich zależy co wybiorą.
Nic nie odpowiedziała. Zapadła cisza. Po kilku minutach przerwał ją cichy głos dziewczyny:
- Chciałabym, aby na tym świecie żyli jedynie ludzie. Zwykli, przyziemni ludzie, którzy nie wierzą w istnienie magii i jej tajemnego świata. I chciałabym, żebym mogła coś na nim zmienić od tak – pstryknęła palcami, aby zademonstrować o co jej chodziło.
- Nie można od tak zmienić całego świata – powiedział delikatnie chwytając jej rękę. Wsunął swoje palce między jej i zacisnął rękę. – Trzeba zrobić coś co go zmieni.
- Niby co może zmienić miliardy ludzi? Tate, ja chcę dobrze, ale nie jestem cudotwórczynią.
- Wskrzesiłaś mnie. Jeśli coś ma zmienić historię to tylko ty. Musisz... Musisz jedynie uwierzyć, że potrafisz – zamruczał pochylając się nad nią.
Bez wahania zbliżyła swoją twarz do jego i pocałowała go. Był to gorący pocałunek, przez który oboje na chwilę zapomnieli o wszystkim i wszystkich. Zostali tylko oni. Tate ujął jej głowę, a ona przyciągnęła go bliżej siebie. Czuli elektryzujące napięcie między ich spragnionymi ciałami. Wiedzieli, że nie powinni tego robić, ale nie potrafili się powstrzymać. Tate ściągnął swoją koszulkę, a Jessamine zaczęła powodzić rękami po jego nagim torsie i płaskim, umięśnionym brzuchu. Kolejne pocałunki niemal sprawiały im ból. Wzajemnie targali się by móc mieć coraz więcej drugiej osoby. Destiny cicho jęcząc całowała go po szyi i torsie. Przerwał im zduszony chichot z głębi biblioteki. Dopiero wtedy oderwali się od siebie. Destiny zimnym, przeszywającym wzrokiem zmierzyła intruza.
- Mam nadzieję, że masz dobry powód by wchodzić do mojego domu – warknęła ostrym jak żyletka głosem.
- A wiesz, że mam – odparł powstrzymując się od śmiechu. – Zamierzam dołączyć do tej twojej armii wraz z chłopakami... Chociaż zastanowię się jeszcze. Jak robisz to z każdym żołnierzem to będzie ciekawie.
- Nie licz na to. Nie jesteś wystarczająco dobry.
Wampir zaśmiał się, a jego twarz rozświetlił promienny uśmiech, który dodał mu jeszcze więcej urody.
- Ty nie zważasz na zło czy dobro, bo nie widzisz co jest złe, a co dobre. To odróżnia cię od wszystkich istot. Nie możesz znać dobrego i złego bo jesteś jednym i drugim. To tak jakbyś porównywała ciemność i jasność, które są w tobie.
- Może i nie wiem – warknęła – Ale mówiłam o twoim sposobie bycia. Nie jesteś wystarczająco dobry.
***
                I wśród wszechogarniającego go chaosu i zgiełku toczącej się bitwy niczym ze średniowiecza dostrzegł krwistą chorągwie podniesioną ponad walczącymi. Rycerze trzech armii różnili się diametralnie. Jedni w zbrojach czarniejszych od nocy równali wszystko co stało na ich drodze. Przesuwali się niczym cienie. Naprzeciw nim walczyły postacie o świecących własnym blaskiem srebrnych zbrojach i okutych złotem skrzydłach. Trzecia zaś miała zbroje migoczące na niebiesko i czerwono. Oni przybyli najpóźniej i to oni brali najmniejszy udział w bitwie niezauważeni przez innych. Rozbrzmiał gdzieś dźwięk trąb. Wszyscy zaprzestali walki. Na środek wyszli wielcy wodzowie o pięknych lecz złowrogich twarzach. Obok nich stanęła mała dziewczyna o wspaniałych skrzydłach, których pozazdrościł by jej niejeden anioł, lecz czarnych niczym onyks. Popatrzyła na nich nienawistnym spojrzeniem i wbiła w swoje serce świetlisty miecz. Zanim padła na ziemię wyszeptała zimnym tonem:
- vale- i poległa.
                Nagle wszyscy wojownicy czarnej i białej armii pali na ziemię. Wielcy wodzowie stracili swą moc ukrytą w niepozornej dziewczynie. Armia dziewczyny rzuciła się na dowódców.
                Tak polegli najwyżsi z istot nadludzkich. Od tamtej pory świat stał się neutralny. Cały magiczny świat zginął wraz z Satanem i bogiem o wielu imionach. Przestały istnieć anioły i demony, a także mieszańcy. Świat dopiero wtedy dowiedział się o ich istnieniu. Wszystko co ponadludzkie zniknęło, a w świecie zapanował chaos. Wiadomość o nieistnieniu istot w które wierzyła ludzkość spowodowała gwałtowne zmiany. Ludzie zniszczyli miejsca kultu, zdewastowali miejsca pochówków. Bezbożni wszczęli wojny z innymi ludami. Niespełna kilkadziesiąt lat po wielkiej tragedii wszelka ludzkość zginęła z braku opatrzności nadludzi.
Tate gwałtownie otworzył oczy przerywając widok porozdzieranych ciał, wszechogarniającej krwi i chaosu. Wiedział, że to nie był zwykły sen. Szczególnie w towarzystwie Jessamine.
- Ta historia nie może się tak skończyć – warknął  niepowiewanie Tate. – Nie może dojść do tej wojny.
- Wojna zaczęła się wówczas gdy ulubienica Nieba i władczyni z nad Eden podążyła ku ciemności – powiedziała Destiny patrząc przed siebie.
- Ewa? – zapytał Tate
- Lilith, idioto – odparł Jinxx wchodząc do altany gdzie się znajdowali.
Był to jeden z ludzi Andiego z jego zespołu. Jinxx był wysokim mężczyzną o długich do ramion włosach. Jedyne co go wyróżniało to jego wieczny makijaż. Podkreślone oczy czarnym tuszem i po środku długa linia od połowy czoła aż do kącików ust. Ubrany był w czarną bluzkę z nieregularnymi wcięciami i czarne, skórzane spodnie.
- Dlaczego nam teraz przeszkadzasz? – spytała podnosząc wzrok na przybysza.
- Zjawił się Tanos i prosi o rozmowę. Czeka w salonie wraz z Andy’m.
Destiny zerwała się ławki i szybkim krokiem poszła w stronę domu.
- Jak to jest być wampirem? – spytał po chwili Tate.
- Ja nie jestem wampirem – zaśmiał się Jinxx siadając na dawnym miejscu Destiny. – Jestem czarownikiem. Nie spodziewałeś się tego.
- Raczej nie. Ale z drugiej strony nic nie jest proste, więc mogłem się tego spodziewać.
- Widzę jak drażni cię ten świat. Illus jest najbezpieczniejszym z wymiarów. Nie można tu nikogo zabić ani zranić, bo jest jedynym miejscem, które Bóg cały czas strzeże. Nie dziwię się czemu akurat tu zbudowała swoją fortecę...
***
- Nie spodziewałam się ciebie tak szybko, Mój Panie – powiedziała i skłoniła się przed wysokim mężczyzną o jedwabiście szarej skórze.
Tanos był panem jednego z największych demonicznych wymiarów. Miał oczy bez białek i źrenic w kolorze ciemności, a wśród niej czasem pojawiały się języczki wiecznego ognia.
- Od teraz to ja jestem twoim sługą – delikatnie ujął rękę Jessamine i ucałował ją.
- Kończcie już z tymi uprzejmościami. Czeka nas wielka wojna, a nie herbatka u królowej – warknął Andy z pod jednego z filarów.
- Może i masz rację, młode dziecko nocy – odparł spokojnie demon – Jednak zawsze najpierw należy zadbać o sojuszników, a potem o wojnę – uśmiechnął się pokazując trzy rzędy krwisto czerwonych, ostrych kłów. – Mój lud jest gotów walczyć u twego boku i gdy trzeba będzie poniesie śmierć, wybranko. – rzekł. Chwilę później zniknął w kłębach czarnego dymu.
Zapanowała chwila ciszy
- Oczekuję od ciebie wierności, ale nie zamierzam tolerować twojego zachowania wobec kandydatów na sprzymierzeńców, Andrewiu.
Uśmiechnął się do niej pokazując ostre kły wampira. Otworzył minimalnie usta jakby chciał rzucić jakąś kąśliwą uwagę, ale zmienił zdanie, zamknął je i odszedł z majaczącym na twarzy uśmiechem.

niedziela, 18 stycznia 2015

Rozdział 14 : Wieczna północ

                
                Tate podszedł do okna i wyglądnął przez nie. Jednak nic nie zobaczył. Było już dobrze po północy, a ani wewnątrz ani na zewnątrz nie było włączonych żadnych świateł. Pomiędzy czubkami drzew przedzierało się czasem nikłe księżycowe światło, które często zasłaniały szare chmury.  Przez szybę usłyszał jedynie zgłuszone wycia wilka gdzieś w głębi lasu. Odszedł od okna i usiadł na skraju łóżka. Po pewnym czasie położył się na nim, jednak miał stuprocentową pewność, że nie zaśnie. Noce były dla niego ciężkie. Przytłaczała go zupełna cisza, dziwnie odczuwalna samotność i potrzeba snu. Szczególnie, że przez ostatnie dwadzieścia lat, jako duch uwięziony w przeklętym domu, nie spał w ogóle. Teraz czasy się zmieniły. Dowiedział się, że potrzebuje jednak więcej niż tylko snu, ale także jedzenia. Tak jakby dopiero teraz obudził się w nim człowiek.
                Usłyszał jak ktoś cicho otwiera drzwi, a później zamyka je za sobą równie bezszelestnie. Jakiś promień słabego światła przedarł się i oświetlił wątłą postać przybysza. Była to niska dziewczyna o srebrnej skórze i takiego samego koloru włosach w czarnym gorsecie. Nie wydając żadnego dźwięku podeszła do okna i oparła się o parapet.
- Obudziłam cię? – spytała słodko jakby samym tonem chciała przeprosić za celowe wtargnięcie.
- I tak nie mogę spać – odpowiedział Tate nie patrząc na nią.
- Ja też – odparła zmęczonym głosem. Podeszła do wielkiego łoża i położyła się obok Tate’a. – Męczą cię pytania, na które nie znasz odpowiedzi.
Chłopak nie wydawał się być zdziwiony. Zaczął przyzwyczajać się już do przepowiedni przyjaciółki, która nigdy się nie myliła. Chwycił ją za rękę i tak leżeli przez jakiś czas. On nie miał na sobie koszulki, ona miała jedynie koronkowy gorset, który nosiła pod sukienką, w którą była ubrana poprzedniego dnia. Jednak nie czuli się ani niezręcznie, ani nadzy.
- Pamiętasz jak powiedziałam ci, że cię kocham? – spytała jak czarne niebo zaczęło jaśnieć symbolizując, że nadchodzi poranek.
- Yhm.. – odparł półprzytomny. Po tym jak nie spał dopiero teraz poczuł zmęczenie i senność.
- To był nasz pierwszy i ostatni pocałunek – kontynuowała.
- Naprawdę musiał ci się podobać – mruknął zmuszając się do otwarcia oczu. Zbyt długie włosy, które spadły mu na czoło zasłoniły także oczy. Destiny odgarnęła je czule na bok zimną jak lód ręką. – Jest ci zimno? – spytał patrząc nią.
Ona patrzyła się na niego elektryzującymi, złotymi oczami z wielką intensywnością. Powoli pochyliła się ku niemu i oparła głowę o jego ramię.
- Gdybym mogła wybrać jak i kiedy przyjdzie po mnie śmierć... to mogłoby to być nawet teraz, kiedy leżę w twoich ramionach... Nigdy nie byłam szczęśliwsza i bezpieczniejsza niż teraz – wyszeptała cicho. Tate wtulił swoją twarz w jej włosy i delikatnie ją objął. I tak zasnął trzymając w ramionach ostatnią i najniebezpieczniejszą broń, o którą wszyscy walczyli.
                Wstał późno. Jednak na początku tego nie wiedział. Początkowo starał sobie przypomnieć co działo się ostatniej nocy. Rozejrzał się po pokoju, jakby czegoś szukał, ale nie znalazł nic poza porozrzucanymi książkami po pokoju i kołdrze na podłodze. Wszystko inne było dokładnie takie jak je zastał, kiedy „zajął” to pomieszczenie. Powoli podszedł do okna i wyjrzał przez nie. Coś wydawało mu się być inne. Dopiero po chwili zdał sobie sprawę, że ponad czubkami drzew powinny przedzierać się ciągle walczące, złote promienie. Właśnie, powinny. Tym razem jednak postanowiły zrobić sobie wolne, bo nie było widać ani ich, ani słońca. Na zewnątrz panował mrok, a niebo było zaszyte ciemnoszarymi chmurami. Tego dnia gruby koc stworzony przez zbite chmury wcale nie symbolizował zwykłej burzy. Coś było nie tak. Pośpiesznie założył koszulkę i wyszedł zamykając drzwi za sobą.
                Idąc cichym korytarzem rozglądał się bacznie. Wszystko wydawało mu się takie same lecz inne. Mijała go służba w czarnych strojach z przed epoki. Cały zamek był niczym wyrwany z jakiejś powieści historycznej. Schodząc po marmurowych schodach do salonu usłyszał nieprzyjemny dźwięk rozrywanego metalu i jego głuchy brzdęk gdy uderzył o kamienną posadzkę, a wraz z nim szmer ciężkiego łańcucha. Idąc za swoją ciekawością spostrzegł, że dźwięki pochodzą z wejścia do zamkniętej piwnicy. Tate schodząc po kolejnych schodach w dół zauważył zniszczoną kłódkę i łańcuch leżące na podłodze, drzwi zostały wywarzone, przez co stare drewno wygięło się do środka.
                Wewnątrz panował półmrok oświetlany przez niebieskie pochodnie płonące w równych odstępach na ścianach. Tate szybko oszacował, że jest to duża powierzchnia podzielona na dwie części murowaną ścianą. Wejście do drugiej części znajdowało się za wysoką, pustą, dębową półką na książki. To właśnie tam udał się przybysz, który otworzył drzwi do zakazanego miejsca.
                Pierwsze pomieszczenie było zastawione przez przed epokowe meble pokryte toną kurzu i pajęczynami. Po lewej stronie od wejście znajdowała się duża kwadratowa wnęka. To tam przechowywano wino z różnych roczników w beczkach lub butelkach. Zaś po prawej było wejście do drugiego pomieszczenia. Panował tam porządek, żadnych pajęczyn czy kłębów kurzu. Nie było żadnych stojących mebli. Na wszystkich ścianach na różnej wysokości znajdowały się drewniane półki, a na nich mnóstwo zapalonych świec. Na ścianie po prawej znajdowało się wielkie lustro w kosztownej ramie z białego złota wysadzanej dużymi rubinami i diamentami. Jednak szkło było pęknięte, a część kawałków brakowało do ułożenia całości. Na środku był narysowany solą pentagram, a wokół niego krwią napisane starożytne runy. Dopiero po chwili Tate zauważył postać, która weszła tuż przed nim. Tak naprawdę nawet nie musiał się domyślać któż by to mógł być. Pomieszczenie wypełnił przeszywający dźwięk łacińskiej pieśni od której krwawe symbole zaczęły świecić na złoto. Linie z soli stawały się czarnymi, wyraźnymi konturami, które złowrogo zdobiły betonową podłogę. Palące się świece niespokojnie zaczęły przygasać, a podłoże zaczęła spowijać prawie czarna mgła, która przykrywała jaśniejący pentagram. Wyłoniła się z niego ciemna postać o płonących oczach. Tate ukryty przy przejściu obserwował bacznie całą sytuację. W momencie kiedy pojawił się niespodziewany gość, usłyszał w swojej głowie znajomy głos „Uciekaj stąd”. Jego nogi odmówiły posłuszeństwa, i tak jak na początku znajomości Tate’a z Destiny, i niekontrolowane przez niego kroczyły w stronę wyjścia z podziemi.
                Destiny wiedziała, że gdyby pozwoliła mu zostać na pewno zostałby zabity. Nie ważne co by dla niego zrobiła, nikt nie przywróciłby go już do życia.
Z ciemnej poświaty wyłonił się anioł ubrany w srebrną zbroję i miecz o połyskującym na niebiesko ostrzu z nieznanego na Ziemi materiału, przeźroczystego niczym szkło i twardszego od diamentu. Każde pióro jego skrzydeł zakończone było złotą nakładką, która niczym zbroja chroniła je przed atakami. Wyglądał inaczej od aniołów. Mimo opanowanej twarzy bez uczuć ze złotymi oczami i pięknymi rysami wcale nie wyglądał przyjaźnie. Szczerze, żaden posłaniec Boga nie był przyjazny, ale w tym przypadku widać było w spojrzeniu gniew i głęboko ukryty ogień nienawiści do wszystkiego co było gorsze od niego. Długie, kręcone włosy aniołów wyglądające na wykute ze złota w tym przypadku były krótko obcięte i idealnie proste, niemniej tak samo intensywnie złote.
Któż wezwał Abachta, jednego z siedmiu aniołów zamętu?” – w głowie Destiny rozbrzmiał dostojny głos anioła, który samym tonem mógłby zabić człowieka.
- Jam – odpowiedziała bez cienia strachu – córka z krwi najwyższych, Satana i Jahwe.
„Dlaczegóż wzywasz mnie, skoro masz prawo by przyzwać wyższych ode mnie? Czegóż ode mnie oczekujesz?” – Anioł widocznie był zdezorientowany widząc przed sobą małą dziewczynę o nieustępliwych oczach i potężnej mocy, którą widocznie potrafiła kontrolować.
- Wierności – odparła krótko. – A skoro już jesteś mój nie możesz mi odmówić, dlatego będziesz mi służyć.
Co mogę zrobić, moja pani?”
Podeszła do niego i stanęła pośrodku pentagramu. Poczuła jak przenosi się w jakiś zakątek piątego nieba. Zobaczyła wysoki na osiemdziesiąt metrów, wysadzany białym kamieniem o złotych żyłkach korytarz z kolumnami po obu jego stronach. Wcześniej anioł patrzył na nią z góry, teraz to ona była potężniejsza. Kątem oka dostrzegła, że ma skrzydła pokryte złotymi płytkami, tak jak jej sługa. Zobaczyła, że jej czerwona suknia zmieniła się na połyskującą, srebrną zbroję, a do pasa miała przypięty Miecz Aniołów o większej mocy niż wszystkie anielskie miecze razem.
„Ty będziesz teraz mnie ochraniał, a ja zbiorę własną armię upadłych” – odpowiedziała mu śmiejąc się w myślach.
Świat pomylił się myśląc, że to ona się poświęci dla dobra ogóły. Była na to zbyt mądra, a krew w niej zbytnio pragnęła wojny niż pokoju, aby teraz mogła zakończyć spór między dobrem, a złem.
                Dopiero, gdy miała zupełną pewność o wierności swoich niebiańskich żołnierzy, robiła dokładnie to samo przyzywając jednego z niższych demonów i w ich wymiarze szukała kolejnych zwolenników. Wróciła do swojego świata i z ironicznym uśmieszkiem wyszła zamykając za sobą drzwi do podziemi. Żyła w pewności, że wygra wojnę, która jeszcze się nie rozpoczęła. Nawet zaczęła wyobrażać sobie miny podczas ostatecznej bitwy, gdy spotkają się jej stwórcy i zobaczą jej armię.
***
- I co teraz? – spytał Tate marszcząc brwi. Zobaczył bowiem setki kartek porozrzucanych na podłodze, łóżku oraz szafkach pokoju Destiny. Na każdej z nich była narysowana ołówkiem jakaś scena lub postać.
- Wygramy – powiedziała spokojnie z nad kolejnej kartki, którą właśnie kończyła. Jej oczy nadal wpatrzone były w przyszłość, jednak powoli zaczynała widzieć otaczający ją znajomy pokój i jej wszystkie wizje z przed kilku godzin.
Ostrożnie podeszła do drzwi szafy lawirując między wartą papieru. Wyciągnęła z niej czarny futerał i pochwę z kryształową rękojeścią. Zgarnęła z pościeli kolejny tuzin kartek, który uderzając o parkiet szeleścił i położyła na niej to co przed chwilą wyciągnęła. Rozpięta futerał szybkim ruchem, a im oczom ukazała się lśniąca zbroja zrobiona z błyszczących własnym blaskiem płytek z nieokreślonego materiału. Obok zbroi Destiny położyła miecz, który był równie niezwykły jak zbroja.
- To dla ciebie – rzekła wpatrując się w rękojeść broni. – Pomyślałam, że ci się przyda. Chciałabym, żebyś  to przymierzył.
Wyszła zostawiając go sam na sam ze zbroją jakiegoś niebiańskiego rycerza. Jednak postanowił spełnić jej prośbę. Chwilę później bezradny przysiadł na skraju łóżka z wyrzutem wpatrywał się w srebrne utrapienie. Nagle drzwi otworzyły się, a w nich stanął młody mężczyzna o ostrych rysach i nieuległym spojrzeniu, wyraz jego twarzy nie był wcale przyjazny.
- Moja pani kazała pomóc panu ze zbroją, sir – powiedział z mocnym irlandzkim akcentem.
Widać, że znał się na tym co robił. Szybko rozłożył zbroję na pojedyncze części, aby po chwili załączyć je na ciele Tate’a. Kiedy pomocnik skończył natychmiast wyszedł. Tate czuł się dziwnie. Zbroja była idealnie dopasowana i całkiem wygodna, a jednocześnie ciężka i wytrzymała. Nie minęło dziesięć minut, kiedy ten sam sługa wrócił i pomógł ją zdjąć.
***
                Znajdowali się w półmroku salonu. Destiny przysiadła na kamiennych płytach tuż przy kominku i pisała coś na kartce czerwonym tuszem. Tate obserwował ją uważnie z wygodnej kanapy.
- Kim był twój czarujący sługa? – spytał Tate rozmasowując obolałe nadgarstki od zbyt ciasno zapiętych ochraniaczy.
- Masz na myśli Gabriela? To jedyna osoba, która wie tak wiele o  wojnach, nie licząc mnie – odparła wkładając list do koperty.
Następnie wrzuciła go wprost do ognia. Wstała i podeszła do sofy. Nie zdążyła nawet usiąść, kiedy wpadła zdenerwowana pokojówka, a za nią wysoki chłopak o czarnych włosach i niebieskich oczach, nie starał się ukryć swoich emocji, był po prostu zdenerwowany. I to bardzo. Stanął przy jednej z kolumn i skrzyżował wytatuowane ręce na piesi. Ubrany był w czarne buty, spodnie, koszulkę i kamizelkę bez rękawów. Na biodrach miał pas z dwoma pistoletami w futerałach. Służąca szepnęła coś do Destiny i pospiesznie wyszła, omijając nieznajomego wielkim łukiem.
- Co cię do mnie sprowadza? – rzekła wpatrując się ze spokojem w gościa.
- To ty mnie tu, kurwa, ściągnęłaś – odburknął.
- Ja? – zaśmiała się sztucznie. – Poprosiłam abyś przyjechał, mój drogi. Sam wybrałeś co chcesz zrobić – zamilkła na chwilę.- Chcesz zapalić? Albo się napić? Wampiry dziwnie znoszą stres.
- Gdybym mógł zabiłbym cię już dawno, ale jakże się okazało nie mogę – powiedział wyciągając papierosy. – Zdradzasz mój sekret przyziemnemu. Dobrze wiesz, że on może to przepłacić życiem.
- Jakby jeszcze je miał – odparła drwiącym tonem i odeszła.

sobota, 27 grudnia 2014

Rozdział 13 : Oszukać przeznaczenie

Leżała na plecach z zamkniętymi oczami wśród soczystej, szmaragdowej trawy na leśnej polanie. Gdzieniegdzie padały ciepłe złociste promienie słońca. Panowała zupełna cisza przerywana czasem śpiewem jakiegoś ptaka, który na moment usiadł na jednej z gałęzi wiecznych drzew. Miejsce wydawało się być równie magiczne jak sam las.
Otworzyła oczy. Ukazał się jej obraz, który pamiętała z przed paruset lat. Wydawało jej się, że nic się nie zmieniło. Jednak poczuła, że coś jest nie tak. Coś się jednak zmieniło. Tylko co? Przez chwilę patrzyła na wielkie gałęzie wysokich drzew, które nie przepuszczały światła słonecznego. Jednak zabłąkane promienie znajdowały odrobinę wolnej przestrzeni i przebijały się pośród zielonych igieł tworząc jasne snopy światła pośród panującego półmroku.
Po chwili dostrzegła, że to czego jej brakuje to rzecz tak oczywista, że nawet jej nie brała pod uwagę. W lesie nie było zwierząt, a przynajmniej nie tyle co kiedyś. Podniosła się i oparła o gruby pień drzewa. Pstryknęła palcami jakby to miało przywrócić brakujący element. Rozejrzała się wokół. Jej wzrok padł na Tate’a siedzącego pośród wystających korzeni. Po twarzy Destiny przemknął wyraz zdziwienia, a później dziwna satysfakcja mieszana z niewysłowioną ulgą. Mimo, że zapomniała całkowicie o jego istnieniu on został z nią, być może dlatego, że nie chciał się zgubić w wielkim labiryncie tworzonym przez wielkie drzewa i wystające korzenie. Jednak głęboko dziękowała, że jest z nią, bo może i czasem o nim zapominała, ale odkąd go poznała stał się częścią świata, bez której nie mogła żyć. A każda sekunda rozłąki była dla niej dość bolesna.
- Nigdy nie chciałam być taka jaka jestem – powiedziała patrząc na trawę – gdybym miała wybrać kim zostać nie wybrałabym tego. Jeśli znajdę sposób by zabić się tak bez możliwości powrotu to zrobię to, bo wiem ile zła wyrządziłam. A moje przeznaczenie przewiduje zniszczenie dobra – dokończyła wypranym z jakichkolwiek emocji tonem głosu.
Tate chciał wiedzieć czy mówi na serio, ale nie odważył się zapytać. Ton głosu sprawił, że jej uwierzył. Chociaż obwieściła mu, iż pragnie własnej śmierci.
- Zawsze możesz zmienić przeznaczenie – mruknął przymykając oczy.
Nigdy nie lubił przebywać na łonie natury. Nieskończony las skrycie go przerażał, a ilość wolnej przestrzeni i myśl o zwierzętach, które tylko czyhają na jeden jego ruch, bynajmniej nie pomagało w przezwyciężaniu strachu. Lepiej czuł się w mieście pośród setek zabudowań i ludzi, którzy nie koniecznie darzyli go sympatią. Jednak najlepiej było mu blisko Destiny, która niczym światło odganiała ciemność, w której kryło się to czego się obawiał. I chodź ona zarzekała się, że jest zła, on i tak w to nie wierzył.
- Trudno jest zmienić to co zostało dawno już napisane w gwiazdach – odparła spokojnie podnosząc wzrok.
Ptak, który jeszcze przed chwilą śpiewał na pobliskiej gałęzi odleciał czymś spłoszony. Destiny usłyszała rytmiczne uderzanie umięśnionych łap drapieżnika pędzącego w ich stronę, mimo, że znajdował się jeszcze zbyt daleko by można było go dostrzec. Chwilę później na polanę wbiegł wielki szary wilk, o wiele większy niż zwykłe wilki. Rozejrzał się, a kiedy zobaczył Tate’a obnażył ostre jak brzytwa zęby i najeżył się. Z jego pyska wydobyło się nieprzyjemne warczenie, które w żadnym wypadku nie brzmiało przyjaźnie.
- Cóż za przedstawienie, Zarianie – powiedziała Jessamine dość znudzonym tonem patrząc na wilka.
Zwierze natychmiast odwróciło się w jej stronę i z cichym jękiem opadło na miękką ściółkę. Ćwierć sekundy później w miejscu, gdzie padł wilk leżał młody chłopak w seansowych szortach. Miał dość ciemną karnację i czarne, krótko obcięte włosy. Miał jakieś piętnaście lat, jego twarz powoli zaczynała nabierać ostrych rysów, chodź nadal przypominał chłopca. Jego duże, czarne oczy patrzyły z powagą, mimo szerokiego uśmiechu na twarzy. Nie miał koszulki, a jego naga skóra była poprzecinana przez siwe blizny. Na lewym ramieniu widniał tatuaż, którzy przedstawiał jakąś plemienną runę.
- Benjamin się ucieszy kiedy zobaczy, że wróciłaś, wszyscy się ucieszą – powiedział radośnie chłopak.
- To wyjątkowa sytuacja – odpowiedziała. – To jest Tate – wskazała na Tate’a opartego o drzewo – przybył tu ze mną. Tate, to jest Zarian. Należący do likanów, likantropów lub wilkołaków. Jak kto woli – powiedziała wstając.- Dlaczego nam przeszkadzasz? – spytała wilkołaka.
- Lioe kazał sprawdzić kto naruszył nasze terytorium. Odkąd w lesie zaczęły pojawiać się demony musimy kontrolować czy nie ma zagrożenia.
- Demony? – powtórzyła tonem jakby pierwszy raz usłyszała takie słowo.
- Głównie są to Raum i Drevaki, nie jest ich dużo, ale gdy tylko zabijemy jakiegoś pojawiają się następne.
- Potrzebuję czterech serafińskich ostrzy – powiedziała i zacisnęła usta. Przypomniała, że jest jedyną osobą, która może je dotykać, bo innym wyrządzają dużą krzywdę. – Zaraz wrócę.
Powiedziała i zniknęła. Jedynie pośród trawy widać było jej ścieżkę, utworzoną z wiatru, który powstał w czasie gdy biegła. Jej nadzwyczajna szybkość czasem się przydawała jednak nie zawsze miała dość siły by puścić się takim biegiem.
- To ona cię zabiła? – spytał likantrop.
- Co? – odpowiedział zdziwiony Tate.
- Czuję, że jesteś martwy. Jednak nadal nie jesteś podziemnym. Ciekawy z ciebie okaz. Chyba już wiemy dlaczego cię trzyma przy sobie – uśmiechnął się zgryźliwie – Czy  ona cię zabiła?
Tate przypomniał sobie wieczór, kiedy pokłócił się z Destiny. Wtedy zniknęła na trzy dni, a kiedy zobaczył ją nie była sobą. Jej czarne oczy pozbawione białek i tęczówek patrzyły ze złością na wszystko. A moce jakie miała sprawiły, że stała się niepokonana. Zniszczyła wszystko co stało w odległości do piętnastu metrów od niej. Użyła do tego takiej siły, która zmiotłaby całe Los Angeles. Właśnie ta siła go zabiła po raz drugi, jednak wcale nie winił Jessamine, bo została opętana. A przynajmniej tak myślał.
Później przez głowę przeszedł mu obraz bardzo znany. Siedział w swoim pokoju, na łóżku. Wewnątrz domu słychać było krzyki jego matki i dźwięki wywarzanych drzwi. Do jego pokoju weszło sześciu lub siedmiu federalnych, którzy celowali prosto w niego. Wstał powoli i znieważającym gestem pokazał, że mogą strzelać. Szybko wyciągnął pistolet z pod poduszki jednak nie zdążył i siedem kul przeszyło jego klatkę piersiową. Nadal żyjąc opadł na łóżko, a z niego zsunął się na podłogę, a zabiła go krew, która dostała się do przestrzelonych płuc.
- Nie – odpowiedział.
W tym samym momencie pojawiła się Destiny ubrana w czarny obcisły strój z czarnym pasem pełnym broni i buty na grubej podeszwie. Włosy zostawiła rozpuszczone, na plecach miała dwa długie miecze, których złote rękojeści wystawały ponad jej ramiona. Klękła na ziemi i wyciągnęła cztery sztylety, które wbiła do ziemi w równych odległościach tworząc kwadrat. Wypowiedziała jakieś słowa po łacinie, a ostrza zaczęły świecić na niebiesko. Później połączyły się tworząc wielką klatkę, wysoką na siedem metrów. Wyciągnęła z kieszeni małą, srebrną kostkę, nakreśliła na niej stelą czarny znak i wrzuciła do klatki.
- To je powinno powstrzymać – mruknęła pod nosem. – Zarian, idź do sfory i poinformuj ją o mojej pułapce. Macie nie kręcić się po lecie dopóki nie przyślę kogoś z informacją. Teraz możesz odejść.
Mody chłopak uśmiechnął się szeroko, pożegnał grzecznie i zniknął wśród drzew. Tate wstał i podszedł do Destiny.
- Coś się stało? – spytał patrząc na nią.
- Czemu zadajesz mi te głupie pytania? Czy ja jestem aż tak delikatna jak człowiek? – syknęła z wyraźnym do odczucia oburzeniem.
- Po raz pierwszy pozwoliłaś komuś coś zrobić. Zawsze każesz, a nie pozwalasz.
- Ty możesz robić co chcesz. Nie staram się ciebie kontrolować.
Wzięła go za rękę i poprowadziła do zamku. Przez resztę dnia siedzieli w salonie,  w którym mimo rozpalonego kominka było zimno. Z sufitu, który znajdował się dziesięć metrów nad podłogą, zwisały trzy duże, złote żyrandole z przeźroczystymi kryształami, które mieniły się kolorami tęczy. Na kamiennym kominku, wykonanym z biało-kremowego kamienia o nieznanej nazwie, znajdowały się bukiety żywych czerwonych róż, a pośród nich stały duże białe świece. Co prawda nie było dywanu, ale podłogę wyłożono skórami białych tygrysów. Panował taki porządek, że nawet w powietrzu nie było drobinek kurzu. Siedzieli na skórzanym wypoczynku, a na stoliku między nimi paliły się świeczki, które rozświetlały półmrok.
- Dlaczego? – spytał nagle Tate przerywając ciszę.
- Dlaczego tylko ciebie nie ustawiam? – powiedziała jakby czytała w jego myślach. – Nie należysz do mnie, ani do mojego świata. Nie mam prawa cię kontrolować.
Nie odpowiedział, znowu zapanowała cisza. Od czasu do czasu, słychać było trzask palonego drewna, które oświetlał pomieszczenie łuną niebieskiego ognia. Wielkie gotyckie okna były ciemne. Zaczął powoli zapadać zmrok.
Destiny spojrzała na Tate’a. Wyglądał tak samo jak w momencie kiedy go poznała. Jednak był inny. Nieufny wówczas wzrok zmienił się na zupełnie oddany i ufny w to co ona robi. Nie chciała tego. Nie poznała go by z lwa zrobić miłego kotka, lecz by mieć obok siebie tą nieustępliwość i dzikość. Nigdy nie chciała nic w nim zmieniać, bo był idealny. Przynajmniej w swoim człowieczeństwie. Nie brakowało mu odwagi. Często wydawał się nieśmiały, lecz on w spokoju oceniał wszystko. Mimo anielskiego uśmiechu i duszy poety był mordercą. I nic nie przeszkodziło by mu gdyby chciał czyjejś śmierci. Szczególnie, że nie bał się śmierci, bo w końcu zginął już kiedyś, i dostał cudowną sposobność do wolności.
Wolność Tate’a była warunkowa. Jak każdy duch musiał mieć coś co go trzyma na tym świecie. Czarodziej, który go uwolnił jednocześnie przywiązał go do czarnego, onyksowego kamienia w zawieszce do bransoletki. Od tamtej pory nosiła ją Destiny. Jednak od ostatnich kilku dni Tate jej nie zauważył.
- Muszę wypełnić przeznaczenie – powiedziała cicho wpatrując się w jego czarne oczy, w których odbijały się języki niebieskiego ognia.
- Nie mogę pozwolić ci zniszczyć Ziemię – odpowiedział bez namysłu.
Zaśmiała się cicho. Dopiero po sekundzie zauważyła, że Tate wcale nie żartuje.
- Moim przeznaczeniem jest wygrać tamtą wojnę. Jednak posunę się o krok dalej i nie wygram jej lecz zniszczę część zła by nie nękało ziemi przez jakiś czas.
- Jak to zamierzasz zrobić? – spytał podejrzliwie.
- Po pierwsze: muszę dostać się do centrum królestwa – jej głos zrobił się odległy, a Tate zobaczył przez oczami obraz czarnego zamku, wokół którego latały przeraźliwe stwory. Nagle znalazł się w środku i widział korytarze umazane czarnym czymś przypominającym śluz. – Muszą mnie pojmać i zaprowadzić do władcy – szybko zaczął przemieszczać się skręcając w prawo i lewo niczym w filmie oglądanym w 7D. Znalazł się w wielkiej sali, w której znajdowało się mnóstwo stworzeń potwornie paskudnych z tysiącami zębów w paszczach i ogonach, ze skrzydłami, wieloma odnóżami i oczami lub bez oczu. Wszystkie syczały lub wydawały dziwne dźwięki. – Może pozwolą mi przeżyć kilka dni – zobaczył uśmiechniętą Destiny przykutą do ściany czarnym łańcuchem. Jej twarz była zalana krwią. – Będę musiała sprawić by mi uwierzyli – ukazał mu się obraz jak rozbawiona rozmawia z mężczyzną o szarej skórze i płonących oczach, wysokim na ponad dwa metry, który upajał się jej bólem niczym bukietem wina. – Jednak musisz mnie wydać, aby przyszłość się wypełniła – zakończyła, a obrazy opadły niczym czarny brokat, delikatnie połyskujący w nikłym świetle.
Tate milczał wpatrując się w ciemność. Potrzebował chwili by uporządkować sobie wszystko co zobaczył i usłyszał. Wszystko wydawało mu się snem, jednak nie potrafił się obudzić.
Ogień, który resztkami tlił się w kominku, nagle zgasł, a rozżarzone drewno nawet nie zabłysnęło na czerwono. W pomieszczeniu zapanowała ciemność rozświetlana jedynie małymi świeczkami na stole, które nie dawały dużo światła.
- Plan nie jest dopracowany, a z racji nadchodzących świąt, wdrążę go w życie dopiero po świętach. Wówczas Satan będzie nieco słabszy niż zazwyczaj.
- Obiecaj mi, że po tym jeszcze kiedyś cię zobaczę – nie wierzył, że to powiedział. Jednak tego właśnie chciał. Zapewnienia, że to ona wygra.
Zaśmiała się cicho, jej złote oczy, niczym u kota, świeciły w mroku.

- Skarbie, oboje dobrze wiemy, że nie można sprzeciwić się przeznaczeniu. Można je jedynie oszukać. Mimo to wiesz, że nie przeżyję tego. Nie będę, więc ci składać fałszywej obietnicy. 

czwartek, 18 grudnia 2014

Rozdział 12 : Marionetka diabła


Portal otworzył się na Spring Street , z czego była bardzo niezadowolona. Aby dojść do mieszkania musiała przejść aż do Church Street, a później skręcić na Avenue of the Americas. Najgorszy był fakt, że ma na sobie jedynie białą, koronkową bieliznę. Było już dość późno, a sklepy które mijała albo były zamknięte, albo miały tak okropne ubrania, że nie zniżyłaby się choćby do przymierzenia ich. Idąc ulicą wstąpiła jedynie do jednego sklepu i kupiła buty do kolan na wysokiej koturnie. Nie miała żadnych problemów z akceptacją siebie. Była taka jaka chciała być, chuda, może nawet przesadnie, bo większość kości wystawała niczym u szkieletu, okryta jedynie cienką skórą. Miała długie nogi, co wyglądało dość dziwnie, bo nie należała do wysokich. Jej długie blond włosy delikatnie podskakiwały kiedy szła, zasłaniając kościste plecy.
Dochodziła już prawie do celu, kiedy poczuła, że traci kontrolę nad własnym ciałem. Jednak nie tak jakby zaraz miała zemdleć, tylko tak jakby jakaś inna, obca, mroczna postać chciała zawładnąć nią. Jednak walczyła tyle ile mogła. Wiedziała, że nie ma szans. Nikt nie ma szans z tą istotą, w końcu jest ona niepokonana i to jej wszyscy służą, nawet Destiny. Nigdy wcześniej czegoś takiego nie czuła. Otworzyła drzwi swojego mieszkania, jednak nie miała sił by wejść na górę. Upadła na podłogę, a z jej ust popłynęła krew. Kilka przechodniów zauważyło ją przez niezamknięte drzwi. Nikt jednak nie zareagował. Ostatkiem sił otarła krew z twarzy i wyszeptała:
- Ave Satan.
Później poczuła szybko napływającą siłę, która była dużo silniejsza od niej. Poczuła palący ból jakby płonęła od wewnątrz. Krzyknęła jednak nie była pewna jak głośno. Spojrzała na swoje ręce. Przybrały dziwnie szary odcień, żyły lśniły czarnofioletowym światłem pod skórą cienką jak pergamin. Zauważyła, że była przyodziana w suknię z czarnego, prawie przeźroczystego materiału. Jej oczy stały się zupełnie czarne, bez źrenic, tęczówek i białek.
Usłyszała szelest, odwróciła głowę i zobaczyła Tate’a, który miał już zbiec po schodach kiedy zobaczył ją i stanął jak wryty. Widziała w jego oczach swoje odbicie, mimo, że był on daleko od niej. Poczuła niechęć i obrzydzenie do samej siebie. Wiedziała, że to co robi jest złe. Wiedziała, że to nie ona kontroluje samą siebie, lecz mroczna siła, której nie potrafiła kontrolować. Wiedziała, że może za to wiele zapłacić. Wiedziała, że ów magia może ją zabić lub zniszczyć. Wiedziała jednak, że gorsza już być nie może. Zaryzykowała, chodź nie była pewna swojego wyboru. Jakby inaczej na to popatrzeć to nie była jej wina. To nie ona podjęła decyzję i to nie ona zgodziła się na to wszystko. W świecie, w którym żyła była niezwyciężona, jednak różnych demonicznych wymiarach byłaby słaba. Była nikim. Nic nieznaczącą lalką sterowaną przez demona. Kolejną marionetką. Marionetką diabła.
Zobaczyła ciemność. Ciemność, której się bała. Ciemność, przed którą próbowała uciec. Ciemność, której zawsze próbowała uniknąć. Teraz ciemność ją pochłaniała, ale Destiny już nie walczyła. Poczuła wreszcie błogi spokój. Przestało ją wszystko interesować. Czuła jedynie, że unosi się pośród nicości, co w innym przypadku skłoniło by ją, aby próbowała się wydostać. Jednak walka nie była wskazana, wiedziała, że nic to nie da. Zaczęła odpływać, nie wiedziała co się dzieje.
Otworzyła oczy. Zobaczyła ostre, białe światło. Dopiero sekundę później doszły inne zmysły. Usłyszała dźwięk syreny policyjnej. Poczuła przeszywający ją ból. W ustach miała smak swojej, gorzkiej krwi. Leżała na brzuchu na chodniku, a raczej pozostałości po nim. W miejscu uderzenia stworzyła się dziura, a bruk, który był  częścią chodnika rozsypał się na mniejsze kawałki. Podniosła powoli głowę. Poczuła więcej bólu, który spłynął po niej niczym fala. Starała się go zignorować, zaczęła się podnosić. Wtedy zobaczyła swoje poranione ręce. Tysiące płytkich i głębszych nacięć na jej skórze układały dziwną czerwoną siatkę zalaną świeżą krwią pomieszaną z kurzem i pyłem. Próbowała wstać, jednak nie czuła nóg. Lekko zdezorientowana popatrzyła na nie, były wygięte pod nienaturalnym kątem. Obie były złamane i to w kilku miejscach. Zaczęła się rozglądać. Zobaczyła jak policja wkłada martwe ciała do czarnych worków. Coś jej się jednak nie zgadzało. Czegoś jej brakowało w obrazie, który miała przed sobą. W pewnym momencie zobaczyła coś na ostatnim stopniu do jej mieszkania. Widziała zakrwawione ciało na zniszczonych schodach. Patrzyła na nie długo jakby to był tylko sen. A raczej koszmar. Znowu nie żyję – pomyślała – przecież to nie może być prawda. Trafiłam od najgorszego z piekieł. To co nią wstrząsnęło to fakt, że znała to osobę. Nie przejmowała się zniszczonym domem, który wyglądał jakby ktoś wyburzał go kulą. Frontowa ściana była niemalże cała zniszczona. Wewnątrz panował chaos, wszędzie leżały kawałki ścian i różne drewniane i metalowe części. Jeszcze raz zerknęła na ciało. Zaczęła pełznąć do niego, przez co czuła jeszcze więcej bólu. Kiedy dotarła do owej postaci drżącymi rękami odwróciła ją na plecy tak, że mogła zobaczyć jej twarz.
Wydała z siebie zduszony jęk, po jej policzkach spływało coś, jednak nie była pewna czy to łzy czy krew z ran na głowie. Na schodach leżał Tate. Nie oddychał. Jego twarz była poobijana, cała we krwi i przybrała dziwnie blady kolor. Miał kilka ran na skroniach i policzkach. Wiedziała, że on nie żyje, jednak wszystko w niej chciało temu zaprzeczyć. Położyła głowę na jego piersi i zaczęła płakać. Nie wiedziała ile czasu upłynęło, ale w pewnym momencie podeszła do niej policja. Bezsilna nic nie odpowiedziała, tylko mocniej przytuliła się do zmarłego. Policjant złapał ją i próbował odsunąć, aby lekarze mogli opatrzyć i jej rany. W środku znowu poczuła, że nie panuje nad sobą, jednak tym razem była wdzięczna. Zaczęła unosić się w powietrzu. Jej rany momentalnie się zagoiły, a kości zrosły tak, jakby w ogóle ich nie złamała. Poczuła niewyobrażalną moc, teraz jednak potrafiła nią zawładnąć. Popatrzyła prosto w oczy policjantowi.  Siłą, którą otrzymała, zabrała mu życie i przełożyła je do Tate’a. Jednak on się nie obudził. Miała jednak więcej siły by mu pomóc. Później powoli opadła na ziemię i straciła przytomność. Oszołomiona policja zostawiła ich oboje na środku chodnika nieprzytomnych lub martwych.
***
- Tate? – spytała cicho, siedząc obok jego łóżka.
Teoretycznie powinni oboje leżeć w szpitalu. Jednak Jessamine cudownie wyzdrowiała, a Tate został wskrzeszony. Minęło zaledwie kilka dni od wypadku, Tate jeszcze się nie obudził, jednak jego serce biło regularnie. Przyziemni lekarze nie mogli by mu pomóc, więc Destiny zatrudniła wielu czarowników.
Stare mieszkanie dziewczyny zostało prawie całkiem zniszczone, więc kupiła nowe.
Nie spodziewała się, że on się obudzi, albo, że ją słyszy. Siedziała przy nim dzień i noc, odkąd tylko z małą pomocą Magnusa przenieśli go do nowego mieszkania. Nikogo więcej nie było w domu, więc nikt nie kazał jej go opuścić chodź na chwilę. Czuła, że to wszystko jej wina. Co bardzo ją zdziwiło, nigdy nie miała takiego uczucia, nigdy się za nic nie obwiniała, ale wcześniej też nie miała osoby, na której tak bardzo jej zależało. Bała się tego przyznać, bo to oznaczałoby, że zaczyna się wewnętrznie zmieniać. A wcale nie chciała tego pokazywać.
Tate otworzył powoli oczy. W pokoju było ciemno, jedynym źródłem światła była mała lampka stojąca na etażerce obok łóżka. Zobaczył twarz Destiny, która patrzyła na niego jakby był najważniejszą osobą na świecie, jakby był całym jej światem. Po jej policzkach płynęły łzy, które tuż pod brodą łączyły się i kapały na białe prześcieradło. Otarła je wierzchem dłoni.
- Przepraszam – wyszeptała – za wszystko.
Uśmiechnęła się do niego bez żadnego przymusu. Był to naturalny uśmiech, bez dodatku kpiny czy złowrogości, który sprawiał, że wyglądała młodziej. Niczym mała dziewczyna, która kocha cały świat. Uśmiechając się w taki sposób była naprawdę piękna. Nie potrzebowała nic więcej by zdobywać serca ludzi. Dobrze o tym wiedziała, jednak nigdy tego nie wykorzystywała. Tate poczuł, że to nie znana dziewczyna się do niego uśmiecha lecz anioł zesłany z nieba. Jego własny anioł stróż, który bardzo cieszy się, że on jednak żyje, że nadal może się nim opiekować.
- Tak bardzo się cieszę, że żyjesz – powiedziała znowu ocierając łzy. – Musimy wyjechać. Możemy zwiedzić świat! Odwiedzimy Londyn, Rzym, Paryż, Berlin... – zaczęła mówić coraz szybciej, aby naprawdę ją tą fascynowało. - Gdzie tylko zechcesz pojechać tam się udamy. Na pewien czas dobrze będzie jeśli znikniemy... Ale najpierw musisz wyzdrowieć. Ludzie raczej średnio przeżywają wskrzeszenia.
Jej twarz posmutniała jakby przypomniała sobie o czymś lub o kimś. Tate miał wielką ochotę spytać o czym pomyślała, jednak nie chciał bardziej jej dołować. Aby zamaskować swój smutek, podniosła książkę leżącą obok łóżka i zaczęła ją czytać. Był to dość opasły tom bez zapisanej nazwy w niebieskiej zniszczonej okładce.
Chłopak nie miał siły zapytać co czyta, tylko znowu opadł na poduszki i zasnął. Kiedy się obudził Destiny wyglądała inaczej niż gdy zasypiał. Nadal siedziała przy jego łóżku, jednak zamiast w czarnej bluzce i ciemnej spódnicy, miała na sobie zwiewną granatową sukienkę na ramiączkach. Spostrzegł, że na jej chudych kolanach leży książka w jasnej, skórzanej oprawie z łacińskim tytułem, którego nie potrafił przeczytać. Usiadł na łóżku. Zobaczył więcej książek w różnokolorowych oprawach poukładanych w krzywe sterty.
- Czego szukasz w tych książkach? – spytał zaciekawiony.
- Czaru kryjącego – odparła kładąc kolejną książkę na górze.
- I jak poszukiwania?
- Nawet dobrze. Mam kilka z czarnej księgi – wskazała na granatowy tom leżący w nogach łóżka. – Jednak teraz szukam coś z książek niezakazanych – mruknęła. – To bez sensu. Nienawidzę zasad czarowników, nie dość, że są strasznie egoistyczni, to jeszcze każą przestrzegać głupich zasad.
- Aha – odparł.
Przez następną chwilę zapanowała cisza. Destiny wróciła do przeglądania pożółkłych stronic księgi.
- Zauważyłem, że nigdy nie klniesz i nie wzywasz boga. Zastanawiam się dlaczego – powiedział i spojrzał prosto na nią.
Zaśmiała się cicho, odrywając wzrok od łacińskich napisów.
- Nie należy mówić imienia boskiego w sytuacjach, w których on nie chce się znaleźć. To samo tyczy się demonów. Przekleństwa są częściowo łaciną i można je tłumaczyć jako imię diabła.
- Jesteś wierząca? – spytał zaskoczony jej wyznaniem.
- Nie. Ale nie mogę łamać zasad, dotyczących tych co istnieją i są silniejsi ode mnie. Może dlatego nie jestem wierząca, wierzyć znaczy ufać, że jest choć się go nie widziało. Ja zaś wiem, bo widziałam wiele. Co prawda nie samego boga lecz anioły i demony, nawet samego Satana.
- Ludzka wiara jest mała i rzadko pełna. Nachodzą wątpliwości co do istnienia istoty w którą się wierzy – kontynuowała.- Często jest to dołujące. Szczęśliwi są ateiści, którzy w nic nie wierzą. Dzięki temu nie rozpatrują tego czy bóg istnieje, bo im to nie potrzebne... – zamilkła patrząc na ścianę. - A ty jesteś wierzący. To czuć.
- Nie wierzę w szatana – powiedział pospiesznie.
- A kto mówi, że jesteś satanistą? – spytała uśmiechając się ironicznie. – Wydaje ci się, że można mnie oszukać? Wiem o tobie dużo więcej niż myślisz.
***
Minęło kilka dni od ich dość burzliwej rozmowy. Destiny cały czas czuwała obok jego łóżka, jednak nie odezwała się ani słowem. Wyjechali na lotnisko nie zabierając ze sobą nic oprócz fałszywych paszportów i małego bagażu podręcznego. Dopiero po pewnym czasie Tate zrozumiał, że sposobem ukrycia się Destiny wcale nie jest wyjazd poza miasto daleko od cywilizacji. Nie, ona aby zniknąć wybierała wielkie miasta. Jej mieszkanie zawsze było blisko metra, lotniska lub innego sposobu ucieczki.
- Rzym? – spytał patrząc na dwa bilety klasy biznes do stolicy Włoch.
- To cudowne miasto! Wątpię, żebyś kiedykolwiek odwiedził Europę, więc ci ją pokarzę. Wszystkie piękne miejsca, które warto zobaczyć.
- A podobno mieliśmy się ukrywać – mruknął, próbując wyobrazić sobie tą wycieczkę z Jessamine, która opowiada mu historię Koloseum dodając parę swoich spostrzeżeń za czasów jakiegoś cezara.
- Nie jestem taka stara – odburknęła, jakby czytała w jego myślach. – Najpierw pozwiedzamy, a później wyjedziemy na Sycylię. Mam nadzieję, że lubisz makaron i ryby.
***
To było dość dziwne przeżycie. Lecieli samolotem wiele godzin. Chodź w wygodnym białym fotelu podróż wcale nie wydawała się męcząca. W tej części samolotu nie było tłumów. Jedynie kilka miejsc było zajętych przez mężczyzn w czarnych i granatowych garniturach. Jedni przeglądali jakieś papiery, inni pisali na komputerze, jeszcze inni sprawdzali coś na telefonach. Destiny oparła się o ramię Tate’a i zaczęła coś mruczeć pod nosem. Na początku myślał, że coś do niego mówi, później zrozumiał, że po prostu nuci jakąś piosenkę.
Kilka razy przywoływała do siebie stewardessę i zadawała jej jakieś pytania. Jednak tak cicho, że trudno było usłyszeć o co pyta. Za którymś razem stewardessa zniknęła na chwilę, by pojawić się z dwoma kieliszkami czerwonego wina.
Cały lot minął bez większych komplikacji. Na lotnisku Florence Airport, Peretola panował duży ruch. Tysiące ludzi chodziło ze swoim bagażem lub nerwowo na niego czekała. Na zewnątrz było dużo cieplej niż w Nowym Jorku, jednak niebo pokrywała częsta warstwa chmur.
Destiny wyjęła telefon i zadzwoniła do kogoś. Rozmawiała biegle po włosku, w przeciwieństwie do Tate’a który znał jedynie angielski i trochę hiszpańskiego. Nie minęło kilka minut jak czarne ferrari podjechało tuż przed nich.
- Pozwiedzamy kiedy indziej – powiedziała ze smutkiem w głosie i podeszła do auta. Wysiadł z niego wysoki brunet o czekoladowych oczach i przyjaznych rysach twarzy. Obszedł auto, oparł się o jego maskę i podał Destiny kluczyki z tajemniczym uśmiechem. - Grazie. Arrivederci – powiedziała z akcentem do chłopaka. Uśmiechnął się i odszedł w stronę parkingu.
- Gdzie jedziemy? – spytał Tate podejrzliwym tonem.
- Do mojego domku. Zaczynają już węszyć wokół mnie, więc raczej nie mogę się pokazywać przez parę tygodni.
***
Następne godziny jechali w milczeniu do Volterry, gdzie Destiny miała dom, z maksymalną prędkością jaką można było wyciągnąć z tego samochodu.
- Wiesz, że nie musisz ze mną nigdzie jeździć. Zawsze możesz powiedzieć mi „Spierdalaj” albo po prostu „Odejdź”, a ja cię zostawię i przyrzekam na anioła, że więcej byś mnie nie zobaczył – powiedziała spokojnym tonem patrząc prosto przed siebie na drogę.
Mimo łagodnego głosu Tate poczuł jak coś ostrego wbiło się w jego serce. Wstrzymał oddech, przed oczami stanęły mu czarne kropki. Nie rozumiał co się właśnie stało. Jak to możliwe, że ona obiecała mu, iż więcej jej nie zobaczy. Była dla niego czymś więcej niż tylko przyjaciółką, dziwną, samotną dziewczyną, która dla niego starała się zmienić, której życie wcale nie było proste. Była dla niego ważną osobą, która wywróciła jego świat, i która zawsze przy nim trwała. Była jego całym nowym światem. Ale widocznie o tym nie wiedziała. Tate powoli zaczerpnął tchu. Wcale nie chciał się z nią rozstawać, a podróże go nie nużyły. Nie rozumiał dlaczego wyjeżdżają i czasem zdawał sobie sprawę, że Destiny wielu rzeczy mu nie mówi, ale nie przeszkadzało mu to. Dobrze wiedział, że każdy ma swoje tajemnice. A ona wiedziała, że on nie musi wiedzieć. Co było bardzo dobrym wyjściem. Zbyt wiele informacji z jej świata mogłoby go zniszczyć. Często czuł się jakby po wielu latach wybudzono go ze snu, który może i nie zawsze był dobry, ale i tak zdawał się być lepszy od tej rzeczywistości.  Starał się wyobrazić sobie swoje życie bez Jessamine. Była to wizja z koszmaru. On pozostawiony sam w domu, w którym wszyscy go nienawidzą. Zobaczył twarze osób, które mieszkały w przeklętym domu, szczególnie zapamiętał tych, których zabił. Starał się odgonić od siebie te obrazy, ale nie potrafił. Przez jego głowę przemknęła twarz Violet, usłyszał jej głos „żegnaj Tate” i mimo, że to było ich pożegnanie, ona wcale się nie smuciła.
- Gli occhi sono lo specchio dell'anima – rzekła cicho Destiny wyrywając Tate’a z prześladujących go wspomnień.
- Co to znaczy? – spytał odruchowo nie rozumiejąc tego co powiedziała.
- Oczy są zwierciadłem duszy – wyjaśniła przenosząc wzrok na niego. – Ty masz duszę poety. Piękną, niewinną, delikatną i niszczoną przez otaczające otoczenie. Matka zapewne chciała byś był idealny. Wówczas często człowiek stara się zrobić wszystko by zaprzeczyć temu ideałowi.
- Skąd to wszystko wiesz?
Nic nie odpowiedziała. Zapanowała cicha. Destiny skręciła gwałtownie na wybrukowaną drogę. Jechali teraz w przeciwnym kierunku do którego mieli się udać. Jechali drogą wijącą się u stup pagórków porośniętych dzikimi dwumetrowymi drzewami pełnymi oliwek. Na końcu stała wysoka na pięć metrów brama z kutego, czarnego metalu i dwóch trzymetrowych strażników w srebrnych zbrojach z kamiennymi twarzami i wielkimi mieczami, które złączone w wielki „x” tarasowały przejście prowadzące go nikąd. Jessamine z westchnieniem wysiadła z auta i podeszła do strażników. Trzymając w ręce prostą, srebrną, świecącą na czarno laseczkę nakreśliła nią na bramie jakiś symbol. Miecze podniosły się niemalże magiczną mocą, a brama otworzyła się z głośnym zgrzytem. Destiny zajęła powrotem swoje miejsce i wcisnęła pedał gazu do podłogi, tak że auto zamiast powoli ruszyć wyskoczyło na drogę.
Tate widział za bramą jedynie wielką łąkę porośniętą suchą trawą i gdzieniegdzie rosnące krzaki oraz suche kwiaty. Przejeżdżając przez bramę ujrzał asfaltową drogę pośród szmaragdowego lasu, którego historia zaczęła się kilkaset lat temu. Kraina wydawała się wytworem jakiegoś snu. Ponad wierzchołkami jodeł i świerków znajdowało się błękitne niebo bez jednej chmurki, jednak nie widać było słońca, ponieważ zasłaniała je wysoka wieża zamku rodem z legendy.
Droga kończyła się tuż przed ów zamkiem, który imponował swoimi gabarytami. Same drzwi wejściowe miały pięćdziesiąt metrów wysokości i były zrobione z ciemnego drewna. Pałac wybudowano z wielkich, równych bloków skały kolor przypominającej grafit jednak połyskującej w promieniach słońca niczym diament. Budowla miała trzy piętra właściwe oraz trzy wieże, dwie od strony frontowej i jedną, największą na samym środku. 
Jessamine wysiadła z auta i z uśmiechem podeszła do drzwi. Tate dołączył do niej ze zdziwieniem. Poczuł się jakby ktoś go zmniejszył, bo wszystko w około było ogromne. Destiny otworzyła drzwi nie używając zbyt wiele siły. Okazały się mieć pół metra szerokości i wcale nie były lekkie. W środku panował chłód.
Hall był w całości wyłożony marmurowymi płytami. Po obu stronach stały rzędy marmurowych kolumn, które podtrzymywały sufit. W środku było mnóstwo wolnej przestrzeni. Większość ścian była pusta, jedynie w niektórych miejscach wisiały jakieś wielkie obrazy lub portrety. W salonie znajdował się kamienny kominek, w którym palił się niebieski ogień. Na środku stała skórzana kanapa i dwa fotele w takim samych krwistym kolorze. Pomiędzy nimi znajdował się szklany stół, a na nim bukiet świeżych czerwonych róż.
Na parterze znajdowała się także kuchnia wykonana z onyksu i jadalnia, w której ściany i podłoga były wyłożone sosnowym drewnem. Oraz biblioteka, gdzie półki z książkami sięgały sufitu i były ustawione w rzędach. Wyżej znajdowały się sypialnie, każda z łazienką, i pokój muzyczny, w którym były wszystkie instrumenty z minionych wieków. Na trzecim piętrze było jeszcze kilka sypialni, dwa salony i dwie zbrojownie pełne przeróżnej broni. W najwyższej wieży była położona sala treningowa, ukryta zbrojownia oraz poddasze. W mniejszych wieżach mieli pokoje służący, a na ich szczytach hodowano różne zioła, przyprawy, owoce i kwiaty. W podziemiach, do których drzwi zostały lata temu zamknięte na klucz i zabite metalową kratą, znajdowały się kamienne blaty, które początkowo używano do torturowania nieprzyjaciół, później na nich zaczęto wyjmować wnętrzności osób, które były chowane na terenie lasu, by dzikie zwierzęta nie rozszarpywały zakopanych ciał, aż na końcu służyły do przyrządzania różnych mikstur i trucizn, na których pani domu znała się jak nikt inny. Niżej, przez tajne drzwi schodziło się do winiarni z setkami dębowych beczek wypełnionych winami z różnych okresów czasu. Wszędzie wchodziło i schodziło się marmurowymi schodami. W budynku nie umieszczono takiego wynalazku jak winda.
- Zawsze wydawało mi się, że jesteś księżniczką z bajki, której nie znam. A teraz znalazłem twój zamek -  zamruczał pochylając się nad nią.
Zaśmiała się cicho, i chociaż był to wymuszony śmiech, Tate udawał, że go kupił i uśmiechnął się do niej.
W tym domu panowało wiele zasad, przez co wszystko wydawało się być rygorystyczne i surowe. Większość osób pracujących tam pamiętała jeszcze czasy wypraw krzyżowych. Więc mimo wprowadzenia takich udogodnień jak prąd i sprzęt elektroniczny, posługiwano się tradycyjnymi metodami. Wszystko było ustalone, godziny posiłków, czas muzyki na żywo, czas poświęcony na doskonalenie nauk, godziny relaksu, czas na treningi i godziny w których przychodzili goście.
Pierwszy tydzień był dla Tate’a prawdziwą torturą, z czasem zaczął się przyzwyczajać i nawet polubił to, że ma harmonogram na cały dzień. Tate w porównaniu do Destiny stosował się do wszystkiego. Ona zaś robiła wszystko po swojemu bardzo drażniąc tym swoich podwładnych. Kiedy tamci siłą zaczęli starać się ją przekonywać do planu dnia od niechcenia wyciągnęła sztylet i im zagroziła. Od tamtego czasu nic już ją nie ograniczało. Tate’a również.

- Miejsce, w którym się znajdujemy jest w tak zwanej kieszeni między wymiarowej – wyjaśniła mu którejś nocy. – Trudno powiedzieć tu o panowaniu podstawowych praw takich jak czas, bo on istnieje lecz nieco inaczej niż gdziekolwiek indziej. Czas jest tu pojęciem względnym i nie ma sposobu by go określić. Co często może być wadą niż zaletą. Dobrą stronę tego jest możliwość przeniesienia się w dowolne miejsce, bo brama przez którą weszliśmy to portal – kontynuowała. – Mojego królestwa nie można nijak wytropić co czyni go moim ulubionym miejscem.